czyli przewrotką o piłce, o rowerach, polskim sporcie i nie tylko!
RSS
wtorek, 21 grudnia 2010
Kto wyzwaniu sprosta? Gortat!

To słowa hiphopowej piosenki o Marcinie Gortacie. Polski jedynak w NBA zamienił ostatnio Orlando Magic na Phoenix Suns, gdzie ma dostawać więcej szans na grę. Może to być kolejny krok do przodu w karierze MG13. Na pewno nie będzie łatwo, ale Gortat już nie raz pokazał, że uwielbia ciężko pracować.

 

Marcin Gortat jeszcze w koszulce Orlando.

Wiele osób zanalizowało już wymianę, w której uczestniczył Gortat pod względem jego dobra i nowego klubu. Ja na NBA znam się bardzo słabo dlatego nie będę się wymądzrzał, czy styl gry Detroit odpowiada Marcinowi czy nie. Chciałbym bardziej napisać parę słów o samym Gortacie, bo jest to facet, który mi naprawdę imponuje.

Przez wielu był skreślany na początku kariery, bo późno rozpoczął trening koszykarski. Wcześniej był nawet bramkarzem w ŁKS Łódź. Sam często podkreśla swoje dzieciństwo w Łodzi i naukę życia. Pewnie było w Polsce kilku bardziej utalentowanych koszykarzy, ale trafili na mniej sprzyjające czasy. Maciej Zieliński, Adam Wójcik czy wielu innych nigdy przez NBA się nie przewinęło. W samej lidze wiemy, że grali Trybański i Lampe, ale w sumie grali to może zbyt duże słowo. Przez długi czas Gortatowi groziło, że skończy jak wielkolud Trybański, który pojawiał się w składach ekip tylko z powodu swojego wzrostu. Marcin długo przebijał się przez letnie rozgrywki, obozy przygotowawcze, aż w końcu przez ławkę rezerwowych. Wszyscy, którzy go znają mówią, że jest tytanem pracy i zawsze od siebie wymaga najwięcej. Takiego podejścia do koszykówki nauczył się w Rhein-Energie Kolonia od trenera Obradovića.

Dopiero jego trzecie podejście do Orlando skończyło się sukcesem, ale gdy się w końcu udało Gortat zaczął grać w ważnych meczach. Wystąpił w play-off i co najważniejsze w finałach NBA. Zawsze był jedynie zmiennikiem najlepszego centra w NBA Dwighta Howarda, lecz uczył się od najlepszych. W Gortacie podoba mi się jego nieustępliwość i upartość, bez tego nic by nie osiągnął w sporcie. Ma świetne geny do uprawiania sportu, bo ojciec był dwukrotnym brązowym medalistą olimpijskim w boksie, a mama reprezentantką Polski w siatkówce. Zawsze żałuje, że polscy piłkarze nie potrafią pracować z taką pasją i przede wszystkim cały czas się uczyć.

Gortat ma silny charakter, ale też dość duże poczucie wartości. Bez tego ciężko sobie w Stanach poradzić. Czasami jednak MG13 brakuje dyplomacji. W trakcie Eurobasketu w Polsce Marcin otwarcie mówił, co mu się nie podoba w kadrze. Po turnieju zaczął się okres, w którym Marcin wypowiadał się na wiele różnych tematów. Dodajmy, że nie koniecznie leżących w jego zakresie obowiązków. Krytykował trenera Katzurina, a później Griszczuka. Głośno krzyczał o swoje w Orlando. Sam chciał i nadal chce pomóc w zatrudnieniu trenera dla reprezentacji z zagranicy. Jego zamrożona pozycja w Magic wywoływała frustrację, co powodowało czasem niefortunne wypowiedzi. Teraz Marcin będzie miał szansę potwierdzić, że jest gotów grać więcej i brać odpowiedzialność za wyniki drużyny na siebie. Czas gadania się skończył trzeba znów ciężko pracować.

W USA Gortat nauczył się też jak dbać o swoją markę. Trzeba przyznać, że był bardzo pojętnym uczniem. Zaczął bardzo umiejętnie promować siebie i markę MG13 przez kotrakty reklamowe i wiele akcji charytatywnych. Dobrze się czuje w showbiznesie, co pokazał choćby pojawiając się w polskiej telewizji.  Do tego doszły słynne "campy" z Marcinem w całej Polsce dla dzieciaków. Marcin stał się instytucją, która na siebie zarabia, ale też założył fundację "MG13", która pomaga innym młodym sportowcom. Myślę, że Gortat teraz, przy swojej dobrej grze, może stać się jeszcze popularniejszy. Jest szansa na świetny duet rozgrywający Steve Nash i nasz center.  Wszystko w rękach Marcina. Może szybko nie stanie się zawodnikiem pierwszej piątki, ale mam nadzieje, że jest to tylka kwestia czasu. Czasu i hektolitrów potu! A poniżej wspomniana piosenka:)

 

 

 

PS. Marcin będzie grał w Phoenix z numerem 4, lae chyba nie wpłynie to znacząco na jego markę.

PPS. Józef Wojciechowski powiedział dziś, że na pewno nie zatrudni Jana Urbana, bo ten miał wszystko w Legii i nic nie osiągnął. No miał prawie wszystko oprócz stadionu, kibiców, pieniędzy na transfery (oprócz hiszpańskiego zaciągu), ale kto by się tym przejmował.

 

piątek, 17 grudnia 2010
Janek, nie!

Od rana na wielu portalach można przeczytać tzw. "nieoficjalną informację", że Jan Urban przejmuje Polonię Warszawa. Trochę zmroziła mnie ta wiadomość, bo zawsze ceniłem Urbana i jego intelekt, a pchanie się pod skrzydła Pana i Władcy z Konwiktorskiej nie wygląda na mądry ruch.

 

Józef Wojciechowski

Czy JW pożre kolejnego trenera? Tym razem kandydat to Jan Urban. (foto sportandmore.pl)

 

Już decyzja o podjęciu pracy na kilka meczów w Polonii Bytom była dość zaskakująca. W tak krótkim czasie trener na pewno nie mógł odcisnąć swojej ręki na drużynie, ale też sam za dużo doświadczeń nie zebrał. Niby osiągnął niezłe wyniki, ale ja cały czas się zastanawiam po co mu to było? Dużo do myślenia daje argumentacja Urbana, którą podał po decyzji o nie przedłużaniu kontraktu w Bytomiu. Mianowicie, największym problemem była słaba organizacja klubu, a szczególnie problem z bazą treningową. Tyle, że tego wszystkiego można było się spodziewać zanim się do Bytomia poszło. Polonia od dłuższego czasu jest wymieniana w gronie drużyn, które mogą nie dostać licencji na następny sezon. Trzeba przyznać, że klub odczuł na sobie zawiorwania powyborcze, bo prezes Bartyla startował na prezydenta Bytomia i jego przegrana stawia pod znakiem zapytania dobrą współpracę z miastem. Do tego w Warszawie także od dawna narzeka się, że Czarne Koszule nie mają gdzie trenować.

Wcześniej pisałem o naszej trenerskiej zupie, w której cały czas wypływają ci sami trenerzy. Wtedy już dziwiłem się deyczji Urbana i transferowi Szatałowa do Cracovii. Teraz trener sam chce wpakować się pod gilotynę. Pod tą samą gilotynę głowy nie chciał położyć Jacek Zieliński, który już raz sparzył się na współpracy z JW. Stwierdził, że po sukcesach w Lechu nie chce być zdany na kaprysy Króla i jego dworu. Dlatego cały czas zachodzę w głowę, co skusiło Jana Urbana? Oczywiście coś poza pieniędzmi, bo na pewno kontrakt będzie miał bajoński, a nie wierzę, że akurat nim kierują same pieniądze. W Warszawie zgromadziło się sporo dobrych piłkarzy i są perspektywy na następnych. Być może to jest dużą zachętą. W Legii nie było podobnych możliwości, a każdy trener marzy o dużym, nieskrępowanym budżecie na transfery.

Z drugiej jednak strony, co komu po Smolarkach i innych, kiedy wylatuje się z roboty po pół roku? A taka rotacja jest ostatnio na porządku dziennym na Konwiktorskiej. Dotyczyła tak samo młodszych na dorobku, jak Grębocki, czy uznanych nazwisk z Janasem i Zielińskim na czele. Jan Urban wydawał mi się zawsze kimś, kto bardzo ceni sobie autonomię, a tu będzie musiał współpracować z holenderskimi paziami, pozszywanymi w model włoski. Nad wszystkim wisi duch władcy - despoty ze wschodu z obowiązkowym cygarem w buzi. Jego ostatnim kaprysem jest zatrudnienie osobnego trenera od taktyki, bo Janas podobno za mało wiedział.

Polonia ma 10 punktów starty do Jagielloni, czyli taka sama jaką miał Lech w zeszłym sezonie. Można sobie wyobrazić, że przychodzi Urban, zakłada Czarną Koszulę i drużyna doskakuje do czołówki. Piłkarze w końcu czują się pewnie i nikt nie straszy ich "klubem Kokosa". Janas z Urbanem ręka w rękę budują nową potęgę, a na Konwiktorskiej staje nowy stadion. Ebi zostaje królem strzelców, a Sobiecha za 5 mln. euro kupuje Bayern. Liga Mistrzów na horyzoncie, ale nie na Łazienkowskiej. Urban po trzech latach na stołku opuszcza Warszawę i zostaje trenerem reprezentacji. Sielanka. I niestety chyba tylko bajka...

Mimo wszystko będę trzymał za trenera kciuki, bo jeśli on nie zmieni usposobienia JW, to już chyba nikt. A przydałoby się, żeby w polskiej piłce tak duże pieniądze ktoś inwestował z głową!

poniedziałek, 06 grudnia 2010
Tym razem czapki z głów!

I to najlepiej czerwone z pomponami! Wyrazy uznania dla ludzi, którzy wzięli udział w VIII Półmaratonie św. Mikołajów w Toruniu. Ok 1300 osób stanęło 5 grudnia na starcie zaśnieżonej i zdradliwej trasy liczącej 21 km. Broda i kożuch były mile widziane, gdyż termometry wskazywały -10 oC. Nie przeszkodziło to jednak prawie nikomu w dotarciu do mety.

 

Uczestnicy Biegu Mikołajów muszą być gorący! (foto własne)

Pisałem kiedyś w związku z tekstami o Mai Włoszczowskiej, że razem z modą na rower, rozwinęła się też moda na bieganie. To ewidentnie prawda, bo Polska biega! I nie chodzi tu tylko o rosnące statystyki różnych imprez biegowych. Nie chodzi też o tłumy pięknie ubranych ludzi, którzy w niedziele chcą się pokazać na popularnych szlakach. Nie chodzi też o imprezy, które nakręcają swoją obecnością celebryci. Nie, Polska biega, bo właśnie na takim wydarzeniu, w ekstremalnych warunkach widzę chmarę ludzi, którzy mają pasję i kochają biegać. Gdzieś w tle jest oczywiście świetna atmosfera i szczytny cel, ale liczba uczestników pokazuje, jak wielu jest ludzi, którzy chcą być aktywni, prawdziwie aktywni! Chętni przybyli z całej Polski i z zagranicy. Niektórych być może wystraszyła aura bo z zapisanych 2000 zostało trochę mniej, ale 1331 to i tak imponująca liczba.

Bieg Mikołajów 2010

Nieodłączne atrybuty biegającego Mikołaja. (foto własne)

Zawodnicy wystartowali z toruńskiej starówki. Później trasa prowadziła Szosą Chełmińską i leśnymi drogami w okolicach Barbarki. Meta znajdowała się na stadionie przy ulicy Bema. Tuż po ukończeniu zawodnicy starali się rozgrzać gorącą herbatą lub grochówką, nad którymi rozmarzały ich brody i brwi. Nad wszystkim czuwali dzielni wolontariusze. Czas zwycięzcy osiągnięty w takich warunkach był imponujący - 1:13:03. Najważniejsza jednak było ukończenie morderczej trasy i walka z samym sobą. Świetnie radzili sobie także seniorzy, którzy startowali w pokaźnej liczbie i na pewno zawstydzili nie jednego młodzieniaszka z aparatem (z autorem bloga włącznie:).

Bieganie długodystansowe zawsze wydawało mi się ciężkim kawałkiem chleba, ale po tym, co zobaczyłem w niedzielę, wierzę że wymaga ogromnego charakteru. Nie tylko do treningu, ale czasem do samego stanięcia na starcie. Dopiero zaczynam sobie wyobrażać, jakim trzeba być człowiekiem, żeby ukończyć inne ekstremalne imprezy jak Bieg Rzeźnika, IronMan czy Bieg Pustynny. Ludzie są jednak szaleni. Nie jest to może tak spektakularny szał, jak napastnika robiącego fantazyjne zwody czy boksera nokautującego piękną kombinacją ciosów, ale nie mniej cenny. Prawdziwie ocenić można go tylko jeśli spróbuje się samemu. Dopiero wtedy zaczyna doceniać się sam wysiłek i ludzi, którzy go wykonali. Jakże inaczej smakuje przejechanie samochodem trasy, którą dzień wcześniej pokonało się w ogromnym wysiłku na rowerze bądź biegiem. W toruńskim przypadku najlepsze by były narty biegowe!

Bieganie i inne sporty wytrzymałościowe uczą także pokory i cierpliwości, gdyż swoje możliwości budujesz stopniowo. Najlepsze wyniki osiągasz nie jako młody, naładowany energią kozak, ale jako zaprawiony, żylasty i dojrzały człowiek. Dopiero z milionem kilometrów w nogach dostajesz nagrodę. To nagroda za wierność, bo bieganie nie wybacza zdrady. Nie możesz go porzucić na dłuższy czas dla innej dyscypliny, bo już o tobie zapomni. Zostaje jeszcze nagroda na niżej zamieszczonym obrazku za dobre serce, bo Bieg Mikołajów wspiera rozmaite akcje charytatywne. To także nagroda za upór i pokazanie innym, że można. Wystarczy tylko chcieć i mieć dobre buty.

Półmaraton Mikołajów

Nagroda za ukończenie biegu. (foto własne)

Za rok oczywiście następny półmaraton. Zapraszam do Torunia!

PS. Każdemu na Mikołajki życzę takiego krowiego dzwonka na szyi!

 

czwartek, 02 grudnia 2010
Nie zdejmujcie czapek przed Lechem

Nie chodzi o brak szacunku dla Kolejorza i jego wyniku. Nie zdejmujemy czapek, bo na Bułgarskiej ostatnio na pewno się przydają. Wreszcie nie czapkujemy przed Lechem, bo liczymy na więcej. Może w końcu doczekamy się wygranej polskiej drużyny na wiosnę? Tylko czy możliwy jest udany występ poznaniaków w pucharach i wielka pogoń w lidze?

 

Najpierw jednak ja zdejmę czapkę. Jedna osoba może się przeziębić. Tu na blogu szczerze wątpiłem w możliwość awansu. Przypuszczałem nawet, że po dwóch korzystnych wynikach, Kolejorz osiądzie na laurach. Nieprawda jest świetny wynik, który znów ratuje polski współczynnik pucharowy. Na ten rezultat złożyło się kilka sprzyjających okoliczności, w tym pogoda, ale czy mamy przepraszać Włochów, że za bardzo w Lidze Europejskiej grać im się nie chciało. Trener Del Neri chwalił się, że jego drużyna nie przegrała żadnego meczu w pucharach, ale przecież Juve żadnego spotkania nie wygrało! Stara Dama nie potrafiła dwa razy pokonać ani Lecha, ani Salzburga. Zwalanie wszystkiego na pogodę, która faktycznie była anormalna, jest zbytnim uproszczeniem z ich strony.

 

Slawomir Peszko

Sławomir Peszko wymodlił śnieżny awans dla Lecha i być może ciekawy transfer dla siebie. (foto lechpoznan.pl)

Wrócmy jednak do Lecha. Drużyna zagrała to, czego wymagał od niej Bakero w ostatnim meczu z Koroną. Akcje ofensywne prowadzone niezbyt duża liczbą graczy i konsekwencja w obronie. Rudnevs nie poraz pierwszy pokazał, że ma "złotą główkę", a do tego sporo szczęscia pod własną bramką i jest awans Kolejorza. Najbardziej mi szkoda Jacka Zielińskiego, który ewidentnie jest twórcą tego sukcesu. Miło, że Bakero wciąż o nim wspomina po wygranych meczach, ale to Jose będzie zapisany w annałach, a nie Jacek. Postawa Lecha w rozgrywkach grupowych LE pokazuje, że polskie kluby naprawdę powinny bić się o te rozgrwki na śmierć i życie. Po pierwsze jeśli ma się niezły stadion, to zastrzyk finansowy jest pewny. Po drugie zespoły z zachodniej Europy nie podchodzą z aż takim zaangażowaniem do uboższej siostry Ligi Mistrzów. Przy dużej woli walki i niezłym przygotowaniu fizycznym naprawdę nie jest tak trudno o awans dalej i kolejne pieniądze. Jeśli ma się pecha (a może szczęście ?) w losowaniu jak Lech, to potrzeba jeszcze odrobiny szczęscia i doświadczenia. Dlatego naprawdę warto wypruwać sobie żyły latem i zmieniać plan przygotowań. Chyba, że jesteś pewien późniejszych kłopotów w lidze...

Tak naprawdę ciężko stwierdzić na ile puchary były przyczyną słabej postawy Mistrza Polski w rundzie jesiennej, ale związek wydaje się oczywisty. Dlatego też w pewien sposób Lech jest wielkim wygranym tej rundy, ponieważ pokazał siebie, stadion, kibiców w Europie i przy okazji nabił pokaźnie kiesę. Z drugiej strony, jeśli w następnym sezonie kurek z euro zostanie zakręcony może to wymusić inną politykę całego klubu. Wiadomo, że zawsze celem trenera i piłkarzy będzie wygrywanie wszystkiego, ale gdy pojawią się pewne trudności, to czy w Poznaniu nie zaczną kalkulować? Co się bardziej opłaci, przygotowanie pod puchary czy pod ligę? Bo z obecnym składem walka na wszystkich frontach jest niemożliwa (np. jeden napastnik!) i jakiś kryzys musi się zdarzyć, a nie zanosi się na spektakularne transfery. Raczej odbędzie się cieżka walka o zatrzymanie zawodników z kończącymi się kontraktami. Podobno sam J.W Polonia czai się na Peszkę i Arboledę. Najkrótsza droga do Europy wiedzie przez Puchar Polski. Kolejorz w ćwierfinale grać będzie z Polonią Warszawa. Tylko czy znów nie będzie jakiś motywacyjnych problemów na te rozgrywki mniejszego kalibru? Kolejne pytanie to, jak Bakero przygotuje drużynę do wiosny. Dość dużo znaków zapytania w tej układance. Dużo zależy także od losowania, czy będzie znów szansa na sukces marketingowy, czy bardziej sportowy. Oczywiście najlepiej oba, ale w tej fazie rozgrywek nikt już odpuszczać nie będzie. Chciałbym bardzo, żeby Lechowi udało się przejść dalej, a najlepiej po ograniu drużyny pokroju Liverpoolu. Szans Mistrza Polski w Ekstraklasie skreślać nie można, lecz są dosyć małe. Racjonalne wydaje się postawienie na Ligę Europejską, a potem właśnie na Puchar Polski. Ciekawe jest też jakie cele otrzymał przy podpisywaniu umowy Bakero.

Dlatego też nie czapkujmy lub chociaż nie czapkujmy za nisko i mobilizujmy Lecha do dalszych awansów. Ich postawa może przynieść dużo korzyści przy rozstawieniach w następnych latach, a także robi wiele dla reklamy polskiej piłki. Do tego miło by było emocjonować się pucharami razem z reszta Europy troszkę dłużej niż do lutego. Swoją drogą ciekawe, co Lech pokaże w Salzburgu? I jedni i drudzy o nic nie będą grali, ale fajnie by było pokazać Włochom, że w LE można wygrywać. I to trzy razy!

 

PS. Robert Lewandowski w lidze jednak dostał znów tylko ok 10 minut, ale w pucharach zagrał cały mecz i zdobył bramkę. Może nie grał porywająco, ale znów się pokazał. Podobno ma grać w pierwszym składzie z Norymbergą. Trzymam kciuki za kolejną bramkę!

środa, 01 grudnia 2010
Bezruch

Jest zespół w Ekstraklasie, który w meczach z Wisłą, Lechem, Legią i Jagiellonią zdobył 10 punktów. Co więcej, zespół ten nie stracił w tych meczach ani jednej bramki, a sam strzelil 5. Ta zagadkowa drużyna zajmuje obecnie 14 miejsce w lidze! Zagadka jest łatwa, bo odpowiedź pojawia się w tytule wpisu. Jednym słowem będzie o paradoksie Ruchu Chorzów.

 

Wszystkie wymienione spotkania Niebiescy rozgrywali u siebie, ale żadna inna drużyna w tej rundzie nie może poszczycić się lepszą zdobyczą na faworytach ligi. Blisko był Górnik Zabrze, który jednak przegrał z w końcówce z Legią, a później z Jagą. Obecnie konto punktowe Ruchu to zaledwie 17 oczek, czyli w pozostałych, niby łatwiejszych spotkaniach doszło ledwie 7. Przypomnijmy, że Niebiescy wszystkie spotkanie z czołówką wygrali dosyć pewnie i w dobrym stylu. Na razie zajmują te same miejsce w tabeli, co po całym zeszłym sezonie tyle, że tym razem są trzeci od końca. Skąd ta metamorfoza?

 

Waldemar Fornalik

Czy trener Fornalik ma jeszcze kilka magicznych iskier w dłoniach, by ożywić Ruch?

 

Jedni powiedzą, że winne jest oczywiście odejście duetu supersnajperów Sobiech - Niedzielan. Inni natomiast zwrócą uwagę, że skoro bez tego duetu można ograć do zera Legię czy Wisłę, to i można ograć Polonię Bytom. Jedni powiedzą, że wiadomo o pewnych finansowych problemach, opóźnieniach z wypłatami, a to nie sprzyja motywacji. Inni odpowiedzą, że w zeszłym sezonie były dokładnie takie same plotki i zespół wywalczył występ w europejskich pucharach. Niektórzy mogą z kolei rzec, że pozwolenie na odejście zimą Sadoka do Polonii i wspomniane ubytki, to był pewien sygnał od zarządu, że nie oczekują zbyt wiele od drużyny. Z drugiej strony jednak dokoptowano do składu reprezentanta Słowenii z ostatniego mundialu Komaca, czyli może sygnał w odwrotną stronę? Ktoś może też zawołać, że poprzedni sezon to była eksplozja młodych, wybitnie uzdolnionych Sadloka, Sobiecha, Janoszki. Ale panowie! W tym sezonie nieźle gra młody Jankowski, a poniżej pewnego poziomu nie schodzi Sadlok i Janoszka. I tak można się przekomarzać bez końca tyle, że gdzie jest TA przyczyna słabej postawy Ruchu jesienią?

Ja odpowiedzi nie znam. Nie zna jej też pewnie do końca trener Waldemar Fornalik, bo inaczej drużyna nie broniłaby się przed spadkiem, co trzeba otwarcie powiedzieć będzie jej celem na wiosnę. Wydaje się, że wpływ na postawę zespołu, jednak ma motywacja. Do tego dorzuciłbym europejskie puchary. Obie rzeczy się łączą, bo mimo, że Ruch nie zwojował za dużo w Europie, to po odpadnięciu piłkarzy mógł go dopaść "syndrom Lecha" zanim dopadł samego Kolejorza. Inna sprawa, że Niebiescy musieli zacząć bardzo wcześnie przygotowania do rundy. Wielu polskim zespołom wczesne granie latem później odbiło się czkawką i Ruch nie jest tu wyjątkiem. Po niezłym początku, czyli remisie z Lechią na wyjeździe i wygranej z Wisłą, przyszły dwie porażki z GKSem i Górniekiem, a później prócz zwycięstwa z Legią, gra w kratkę. W większości spotkań brakowało Niebieskim żelaznej konsekwensji w grze, którą imponowali w poprzednim sezonie. Piłkarze wyglądali w niektóych sytuacjach na mocno rozkojarzonych i nie biegali już tak wiele. Wyniki tej rundy, mimo ubytków kadrowych, świadczą o tym, że chyba wynik z poprzedniego sezonu prędko się nie powtórzy. Piłkarze ogromnym wysiłkiem i zaangażowaniem osiągnęli pewien sukces, który jednak nie spowodował wymiernych dla klubu efektów. Nadal są problemy z pieniędzmi, oddano najlepszych graczy, trwa "wojna na górze" w zarządzie, a wielkich wzmocnień brak. Do głowy zakrada się więc myśl: "Po co się starać w każdym meczu, jeśli to nie poprawia mojej sytuacji. Lepiej pokazać się w meczu z Lechem, czy Legią i liczyć na ciekawy transfer". Do tego inne ekipy mają nowe, ładne stadiony, a na Cichej w tej kwesti nic ciekawego się na razie nie dzieje.

Jedyna nadzieja w uratowaniu sezonu, to magia trenera Fornalika. Wiara, że znów uda mu się wykrzesać kilka iskier z lekko namokniętego niebieskiego chrustu. Ruch wciąż gra w Pucharze Polski. W ćwierćfinale zmierzy się z Legią, którą ograł łatwo w tych rozgrywkach w poprzednim roku. Szansa na puchary więc jest. Potrzeba tylko ponownej eksplozji młodych talentów oraz równej gry weteranów. Albo bogatego sponsora, płynności finansowej i spokoju. W takiej sytuacji pozostaje więc chyba liczyć na iskrzący palec Fornalika.

czwartek, 25 listopada 2010
Nadchodzi Robert?

Po czasie zawieszenia powracam. Z krótkiego letargu powoli budzi się też Robert Lewandowski. W minionym tygodniu strzelił trzy bardzo ważne gole, do tego jego najgrożniejszy rywal - Lucas Barrios - doznał kontuzji i jest szansa na premierowy występ w pierwszym składzie Borrussi.

 

Oby jak najczęściej Robciu zgłaszał się tak do odpowiedzi. (foto lechpoznan.pl)

Lider Bundesligi z Dortmundu zmierzy się ze swoją imienniczką, która jest ostatnia w tabeli. Istnieje więc duża szansa, że trener Klopp będzie oszczędzał swojego najlepszego strzelca. Wiele pisze się ostatnio o świetnej średniej bramek Robertaw stosunku do minut przebywania na boisku. Myślę, że nie to jest najważniejsze. Po grze Lewandowskiego widać, że zaczyna znów być pewny swoich umiejętności. Świadczy choćby o tym zagranie piątą do Błaszczykowskiego w meczu z Hannoverem. No i przede wszystkim bramki w meczu z WKS w Poznaniu. Uśmiech z jakim Lewy podbiegał po bramkach do kibiców i przesyłał im całusy, świadzyły o wielkiej uldze. Uldze, bo mimo niezłych występów w Bundeslidze, na kadrze Robertowi nie szło. Wszystko to nawarstwiało się i Lewy zrobił się pazerny na bramki, nie podawał w dobrych sytuacjach, a jak już zdarzyły się świetne okazje to koszmarnie pudłował, jak w meczu z USA. W spotkaniu z gladiatorami z Afryki przyjemnie było patrzeć jak Lewandowski wygrywa pojedynki siłowe i walczy o każdą piłkę. Do tego świetna skuteczność na bliskim sercu stadionie. Później bardzo ważna bramka i prawie asysta (słynne pudło Kuby) w meczu z Freiburgiem. Teraz być może 90 minut na ulubionej pozycji środkowego napastnika w spotkaniu z najsłabszą drużyną ligi. Napisałbym, że musi coś wpaść, ale wystarczy przypomnieć sobie mecz pucharowy, który ewidentnie Lewemu nie wyszedł. To po tym meczu Bild przymierzał się do określenia Polaka jednym z niewypałów tego okienka transferowego. Spokojnie jeden mecz niczego nie przesądza.

Trzeźwo patrząc Robert i tak jest w świetnej sytuacji. Wybór Borrussi był dobrze przemyślany. Ekipa z trenerem stawiającym na młodych, pełen stadion i olbrzymie szanse na Ligę Mistrzów w nastepnym sezonie. Do tego już mówi się o zainteresowaniu wielu klubów Kagawą, Barriosem i całą resztą młodych gwiazdek. Ktoś na pewno odejdzie i zrobi się luźniej. Jeśli nawet Robert przegrałby walkę o skład z powracającym Zidanem, to wiele klubów chętnie widziałoby go u siebie na wypożyczeniu. Bo gdzie można się pokazać lepiej niż w zespole lidera, o którym trąbi cała Europa? Nawet jeśli jesteś tylko dżokerem. Nie przypuszczam, że nawet po świetnym występie w najbliższym meczu Robert będzie w stanie posadzić na ławie Barriosa albo Kagawę, ale może się jeszcze mocniej wypromować. Do końca tej rundy na pewno będzie rezerwowym, ale może będzie dostawał więcej czasu do pokazania. Przecież na razie jego najdłuższy występ w lidze to zaledwie ok 30 minut!

Cierpliwość i ciężka prac - to chyba motto Lewandowskiego. Podoba mi się, że Robert nie rozpowiada na lewo i prawo, jak to mu się należy miejsce w składzie i kiedy odejdzie. W przeciwieństwie np. do Kuszczaka czy Szczęsnego, którzy dużo gadają, a i tak później podpisują nowe kontrakty na siedzenie na ławce. Losy polskiego trio w Dortmundzie na razie rozwijają się całkiem obiecująco. Najmocniej świeci gwiazda Piszczka, który niestety doznał teraz kontuzji. Najtrudniej ma chyba Błaszczykowski, bo jest już dojrzałym piłkarzem i ciężko mu będzie posadzić na ławce nową gwiazdę niemieckiej piłki - Goetze. Jednak przy zaangażowaniu Borrusi na kilku frontach każdy z Polaków swoje szanse na pewno otrzyma. Oby je wszyscy wykorzystali, bo Smuda nie ma chyba innego pomysłu na grę na Euro.

poniedziałek, 08 listopada 2010
Kielce mają farta

Nie chodzi tu tylko o zespół Farta Kielce, który występuje w siatkarskiej PlusLidze. Składowymi szczęścia są jeszcze piłkarska Korona z nowoczesnym stadionem i hegemon piłki ręcznej w Polsce - Vive-Targi. Każdy z wymienionych zespołów jest wspomagany przez miasto lub lokalne firmy. Wszystko to w mieście liczącym zaledwie 200 tys. mieszkańców.

 

Oczywiście nie jest tak, że w Kielcach mamy do czynienia z totalnie niezwykłą sytuacją na tle kraju, bo są inne miasta, w których różne dyscypliny dobrze sobie radzą. W Kielcach podoba mi się, że każda z promowanych dyscyplin jest popularna w całym kraju i nie ma ustawiania ich w dziwnej hierarchi, jeśli chodzi o inwestowanie. W innych miastach tej wielkości raczej stawia się na jeden sport na najwyższym poziomie i inne dyscypliny mają wtedy niezwykle ciężko na tak małym rynku. Taka sytuacja jest np. w Toruniu, gdzie "oczkiem w głowie" wszystkich jest żużel, dla którego miasto wybudowało za ogromne pieniądze stadion. Kielce mają to szczęscie, że znalazło się kilku bogatych biznesmenów, którzy są pasjonatami sportu. Do tego w chwili, gdy z Korony wycofał się Krzysztof Klicki ze swoim Kolporterem z powodu afery korupcyjnej, to klubem zajęło się w bardzo dopowiedzialny sposób miasto.

 

Świetni piłkarze ręczni i ich kibice to tylko niektóre sportowe wizytówki Kielc.

 

Korona Kielce

Na stadion Korony zawitałem w ciężkim okresie dla tego zespołu. Był rok 2009 i Scyzoryki oberwały straszne lanie od Lecha Poznań, tracąc pięć bramek i nie strzelając żadnej. Trenerem jeszcze wtedy był Marek Motyka. Zespół grał bardzo słabo i miał długą serię spotkań bez wygranej. Do tego nie do końca pewna była sytuacja finansowa klubu. Największe wrażenie zrobił wtedy na mne stadion, który był czymś, co wyróżniało Kielce na całą Polskę. Teraz w epoce nagminnego budowania, stadion na ulicy Ściegiennego jest jedynie mniejszym kuzynem nowych obiektów, ale pod tym względem Kielce były pionierem. Po zmianie trenera na nikomu nie znanego Marcina Sasala, nastąpił znaczący postęp w grze drużyny. Wzmocniono także skład i Scyzoryki zakończyły sezon na 6 miejscu.  Ten sezon to mimo wszystko duże zaskoczenie, bo chyba nikt się nie spodziewał, że Koronę stać na tak wysoką lokatę. Do tego w sytuacji, gdzie klubem zarządza miasto, udało się zakontraktować Andrzeja Niedzielana, Pawła Golańskiego i Macieja Korzyma. Wcześniej przyszli zaprawieni w bojach i na pewno nie tani Vuković, Mijailović oraz Edson (jego już nie ma). Doświadczeni i dłużej grający w Kielcach Edi, Hernani, Małkowski, Kuzera, czy Sobolewski dopełniają obrazu bardzo solidnej drużyny. Dziwiłem się bardzo, gdy Niedzielan wybrał Kielce, ale był to strzał w dziesiątkę i dla klubu i dla piłkarza. "Wtorek" jest na razie liderem strzelców (8 bramek) i w dużej mierze dzięki jego grze Korona jest tak wysoko. Fakt przyjścia jeszcze młodego Korzyma, który był prawie po słowie z Bełchatowem świadczy o tym, że w Kielcach naprawdę nieźle płacą, do tego regularnie i mają ciekawą wizję na przyszłość, którą potrafią sprzedać innym. Z frekwencją na trybunach też nie jest źle, bo na mecz regularnie przychodzi ok 10 tys. kibiców. Wiem, że miasto cały czas poszukuje kogoś kto zainwestowałby w klub i przejął główny ciężar finansowania. Jeśli Koronie uda się utrzymać pozycje na pudle do końca rundy, na pewno będzie łątwiej o dobrodzieja. Czapki z głów prze trenerem i działaczami, którzy bez wielkich pieniędzy Kolportera zbudowali dobrą drużynę. Być może Niedzielan będzie miał to szczęście, że wprowadzi do pucharów kolejną niedocenianą ekipę.

 

Vive-Targi Kielce

Tu głównym dobrodziejem jest Holender Bertus Sarvaas - właściciel Vive Textile Recycling. Jesto to firma, która ma siedzibe w Kielcach i jest jednym z największych zakładów w Polsce zajmujących się sortowaniem odzieży używanej. Do tego dochodzą usługi transportowe. Sarvaas grał kiedyś nawet w Ajaksie Amsterdam, więc smykałkę do sportu ma. Od zawsze marzył o klubie w Lidze Mistrzów i o bezdyskusyjnym panowaniu w Polsce. Główną osią tego planu został Bogdan Wenta - trener narodowej reprezentacji szczypiorniaka. To głównie dzięki jego charyzmatycznej osobie udało się namówić wielu reprezentantów Polski i nie tylko, do gry w Kielcach. Obecnie grają w Vive znani wszystkim fanom piłki ręcznej: Jachlewski, Jurasik, Jurecki, Kuchczyński oraz wschodzące gwiazdy z Rosińskim, Żółtakiem, Grabarczykiem na czele. Całość uzupełniają świetni obcokrajowcy czyli Knudsen, Cleverly, Nat i Stojković. W kolejce czekają inni, w tym Sławomir Szmal. Zespół jest wspierany przez fanatycznych kibiców, którzy jeżdżą po całej Europie. Pod wodzą Wenty jego dream team zdobył wszystko w Polsce oraz pokazał się z bardzo dobrej strony w zeszłym sezonie LM. W obecnych rozgrywkach idzie kielczanom trochę gorzej, ale trafili do grupy śmierci min. z Barceloną czy THW Kiel. Sam fakt, że do Polski przyjeżdżają takie zespołu jest juz wielką zasługą Sarvaasa. Prezes na pewno świetnie płaci, bo kontraktuje zawodników z najbogatszej Bundesligi. Obecnie Sarvaas współpracuje też z innymi sponsorami, bo w czasach kryzysu nie może już sobie na tyle pozwolić, co wcześniej, stąd między innymi "Targi" w nazwie. Inwestycje w Kielcach zmusiły też rywali z Płocka do intensywniejszych działań. Szkoda tylko, że reszta ligi finansowo strasznie odstaje od wspomnianej dwójki. Może jednak sukcesy Vive i reprezentacji nakręcą sponsorów całej piłce ręcznej. Jeśli  preesowi nie odwidzi  się finansowanie Vive i Bogdan Wenta będzie chciał zostać w Polsce, to jestem przekonany, że za kilka lat zobaczymy coś więcej niż Top 16 w LM.

Fart Kielce

Stosunkowo najkrótsza historia. Można powiedzieć, że na razie na początku drogi. Celem zespołu jest walka o utrzymanie w PlusLidze. W przedsezonowych zapowiedziach fachowcy dawali ekipie z Kielc małe szanse. Obecnie Fart jest na 7 miejscu (na 10), ale blisko mu do strefy spadkowej. Firma Fart (branża robót drogowych) również ma siedzibę w Kielcach i jej prezes Mirosław Szczukiewicz zajmuje to samo stanowisko w klubie. W utrzymaniu drużynie mają pomóc doświadczeni Piotr Łuka, Maciej Dobrowolski, Robert Szczerbaniuk, Xavier Kapfer. Resztę stanowią bardzo młodzi zawodnicy. Do pomocy trenerowi Daszkiewiczowi zatrudniono specjalistę z Włoch - Nicolę Vettoriego. W tym sezonie liga jest wyjątkowo silna i najsilniejsze kluby obracają wielkimi pieniędzmi, dlatego też utrzymanie (nawet fartem:) będzie dużym sukcesem ekipy z Kielc. A później być może siatkarze pójdą śladem piłkarzy oraz szczypiornistów i wpiszą się na stałe w sportowy krajobraz w Polsce.

 

Przykład Kielc pokazuje, że w Polsce można robić wielki sport nie tylko w wielkich miastach. Dobre wyniki i marketing jednego klubu zachęcają następnych inwestorów, którzy chcą się pokazać. Oby była to długotrwała tendencja i nie dotyczyła tylko Kielc!

 

PS. O Lechach i Bakerach nie ma co pisać, bo w sumie nic się nie zmieniło. Tylko Legia coraz bliżej.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5